
Ktoś zapytał mnie ostatnio, czy nie chciałbym zająć się tym na poważnie. Pisaniem, nagrywaniem relacji z podróży i rozwijaniem mediów społecznościowych. Odpowiedziałem, iż nie wiem, choć kusiło mnie, żeby powiedzieć: Tak. Na szczęście rozsądek wziął górę nad moim ego, choć nie było to łatwe.
Bo cóż adekwatnie znaczy zająć się czymś na poważnie? zwykle oznacza zamianę tego, co sprawiało przyjemność, w kolejny obowiązek. A tych, mimo wszelkich prób optymalizacji własnego czasu, mimo całej elastyczności i nadrabiania zaległości kosztem snu, mam już aż nadto (zresztą brak czasu to nie jedyny powód, ale o tym później). Poważne zajęcie się choćby wspomnianym pisaniem zostawiam więc konkurencji, która jest niemała.
Czasem mam wrażenie, iż dziś więcej ludzi pisze, niż czyta. Każdego roku na świecie ukazują się miliony nowych książek i setki milionów artykułów. Do tego dochodzą poradniki, podcasty, filmy, rolki i transmisje na żywo. Treści przybywa szybciej niż odbiorców.
Ludzie masowo zaczęli tworzyć tak zwany „kontent”, odkrywając, iż na zamianie pasji w produkt można zarobić, a przynajmniej zdobyć popularność. Za każdym razem wygląda to podobnie. Ktoś namaluje kilka obrazków i zaczyna myśleć o wystawie. Inny coś tam notuje w dzienniku i kusi go wydanie książki. Tamten nauczył się paru akordów na gitarze i po pół roku zakłada kanał na YouTube. A jeszcze inny wyjedzie kilka razy za granicę i zaraz chce być kolejnym Wojciechem Cejrowskim czy Martyną Wojciechowską.
To ostatnie zdanie trochę o mnie. Kilka lat temu wróciłem z Mongolii i podczas spotkania ze znajomymi opowiadałem o trudach tamtej podróży. Ktoś zapytał wtedy, czy robię z tego relacje. Odpowiedziałem, iż nie. Usłyszałem: „Stary, setki osób chętnie posłuchałyby tego, jak Ruscy wyciągnęli cię w nocy z pociągu, zawieźli na przesłuchanie, wsadzili na noc do aresztu, a potem w eskorcie odstawili cię pod mongolską granicę”.
Ta rozmowa została mi w głowie. Podczas kolejnych podróży zacząłem coś tam zapisywać, robić zdjęcia. Później pojawił się pierwszy filmik, drugi, trzeci. Z czasem stało się to czymś naturalnym. Podczas ostatnich podróży zaczęło się jednak dziać coś niepokojącego. Pojawiły się dziwne uczucia, presja. Jakby nie wystarczało już, iż człowiek gdzieś jest, skoro inni o tym nie wiedzą.
Ostatnio byłem w Kanadzie i uświadomiłem sobie, dokąd może prowadzić taki sposób myślenia. Zamiast po prostu odpoczywać, ciągle zastanawiałem się, jak zrobić z tego wyjazdu jakiś dobry materiał. Na początku podróży odwiedziłem Góry Skaliste, w miejscu, gdzie kilka tygodni wcześniej zeszła lawina. Patrzyłem na ogromne zwały śniegu i połamane drzewa. I złapałem się na myśli: Szkoda, iż nie było mnie tutaj wtedy. Byłby z tego świetny film. Brzmi absurdalnie. Ale właśnie tak działa ten mechanizm.
Parę dni później, po całym dniu na nogach, wracałem zmęczony autobusem przez Winnipeg. Za oknem zobaczyłem protest migrantów domagających się zwiększenia limitu pozwoleń na pracę. Pierwsza myśl była dokładnie taka sama: Świetny materiał. O mało nie wyskoczyłem na przystanku, ale w ostatniej chwili zmieniłem zdanie. Łukasz, pomyślałem, jutro napisze o tym kilkanaście redakcji, setki ludzi opublikują nagrania, a świat od tego ani trochę się nie zmieni. Jedź odpocząć.
Wtedy uświadomiłem sobie, iż coraz częściej zaczynamy patrzeć na rzeczywistość przez pryzmat tego, czy nadaje się do opublikowania. Widzimy świat przez ekran telefonu i wszystko próbujemy zamienić na relację. Wczasy. Trening. Kolację. Koncert. Narodziny dziecka. choćby pogrzeb. Każda chwila wydaje się niepełna, dopóki nie zostanie pokazana innym. Przestajemy przeżywać rzeczywistość, a zamiast tego robimy jej ujęcia, zastanawiając się przy okazji, czy dobrze sprzedadzą się w Internecie.
I chyba właśnie tutaj zaczyna się problem. Nie w samym tworzeniu, nagrywaniu czy publikowaniu. Problem pojawia się wtedy, gdy zaczynamy patrzeć na własne życie jak na materiał, który trzeba będzie upublicznić. I to – oprócz braku czasu – jest ten głębszy powód, o którym wspomniałem na początku, powstrzymujący mnie przed braniem się za kolejne projekty na poważnie.
Dziś każdy chce być gwiazdą. Każdy próbuje się wypromować. Aby to osiągnąć nie potrzebuje choćby jakichś specjalnych umiejętności. Często oglądamy przecież ludzi, których poziom popularności jest odwrotnie proporcjonalny do jakości treści, które publikuje.
Oczywiście jest mnóstwo ludzi, którzy wykonują świetną robotę, ale są też całe tabuny tych, którym zależy głównie na promocji własnej osoby. Reklamują się, pokazując, jak osiągnąć sukces, szczęście czy harmonię, a prywatnie są bardziej popieprzeni, niż Ci, którym próbują doradzać. Nie próbuję się tutaj wybielać. Sam piszę i nagrywam. Staram się jednak przede wszystkim mówić o sprawach, które uważam za ważne, a nie tylko pokazywać samego siebie.
W pogoni za zasięgami łatwo uwierzyć, iż najważniejsze jest to, by zostać zauważonym. Popularność coraz częściej staje się celem samym w sobie. Dziś każdy chce być trochę politykiem, aktorem, ekspertem czy sprzedawcą. Każdy chce pokazać, iż dobrze mu się powodzi, iż jest szczęśliwy, iż się rozwija, iż robi coś interesującego i pożytecznego.
Sam również wpadałem w tę pułapkę. Jako radny robiłem relacje z sesji, bo chciałem pokazać ludziom, jak naprawdę funkcjonuje samorząd, ale z czasem zacząłem koncentrować się na formie, a nie treści. Na tym, co jeszcze warto pokazać, zamiast po prostu skupić się na działaniu. I tutaj granica znów okazuje się cienka. Łatwo wmówić sobie, iż skoro robi się coś wartościowego, należy robić tego więcej, częściej i głośniej. Tyle iż każda kolejna aktywność kosztuje. Nie tylko czas i energię. Również uwagę. Spokój. Obecność. W pewnym momencie zaczyna brakować przestrzeni na zwykłe życie.
Nie dotyczy to tylko obecności w mediach, ale i aktywności poza nimi. Człowiek tak już ma, iż kiedy się w coś angażuje, gwałtownie go to pochłania. Dawno temu zacząłem trenować boks i po trzech miesiącach byłem przekonany, iż jeżeli będę trenował odpowiednio mocno, to kiedyś pojadę na igrzyska olimpijskie do Pekinu. Dotarłem tam siedemnaście lat za późno, ale i tak uważam to za swój mały sukces. Nie wszystko musi kończyć się dokładnie tam, gdzie pierwotnie planowaliśmy.
Wracając do pytania z początku: czy chciałbym to robić na poważnie? Jasne, iż tak! Ktoś powiedział kiedyś, iż człowiek, który robi to, co lubi, nie przepracuje w swoim życiu ani jednego dnia. Tyle iż musimy sobie określić priorytety. Jak mówił bohater filmu „Chłopaki nie płaczą”: Trzeba sobie odpowiedzieć na jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie: Co chcesz w życiu robić, a potem zacznij to robić.
Ja sobie odpowiedziałem. Co jest dla mnie najważniejsze? Rodzina, która jest na pierwszym miejscu. Dom, który nie jest dla mnie tylko hotelem. Praca, która daje mi satysfakcję. A dopiero później podróże, pisanie, kolejne studia, treningi i wszystkie projekty, które kuszą, by poświęcić im każdą wolną chwilę. Tyle tylko, iż by zająć się na poważnie wszystkim co przychodzi mi do głowy, potrzebowałbym ze dwieście lat, a nie czterdzieści, które może mi zostało. Życia zwyczajnie nie wystarczy na wszystko, a już na pewno nie na to, by zrobić z niego pełną relację.
Ustalenie, co jest priorytetem, a co tylko odskocznią to dopiero początek. Następny krok to świadoma realizacja każdej czynności. Sam staram się odnajdywać euforia i czerpać energię z wszystkiego, co robię – z różnym skutkiem. Maszeruję swoim tempem, próbując niczego nie przeoczyć, zamiast biegać z durniami. To nie znaczy, iż nigdy sam się nie wydurniłem, albo iż nie zdarzy mi się to w przyszłości. Presja nie zniknie, bo taka jest już ludzka natura, dziś dodatkowo nakręcana przez popkulturę. Chcemy „Więcej, mocniej, szybciej” niczym bohaterowie amerykańskiego filmu o takim tytule, żyjący na sterydowym dopingu.
Dla tych, którzy chcą zaistnieć w medialnym świecie takim dopingiem są dziś zasięgi i polubienia, od których łatwo się uzależnić. Dlatego coraz więcej ludzi pokazuje, jak żyje, a coraz mniej po prostu żyje. Kluczem jest więc świadomość, dyscyplina i dystans (do siebie i do świata), by luksusem była sama podróż do Kanady, a nie możliwość przeżycia jej bez potrzeby udowadniania komukolwiek, iż naprawdę tam byliśmy.









