"Żałosny upadek Keira Starmera Tak jak jego zwycięstwo w wyborach w 2024 roku zwiastowało upadek Partii Konserwatywnej, tak jego zeszłotygodniowa porażka zapowiada śmierć Partii Pracy."

grazynarebeca5.blogspot.com 4 hours ago

Updated 15 May, 2026 03:39

© WPA Pool / Pool / Getty Images

Keir Starmer może wciąż piastować urząd premiera Wielkiej Brytanii w chwili publikacji tego artykułu, pewne jest jednak, iż nie poprowadzi Partii Pracy w kolejnych wyborach powszechnych, zaplanowanych na czerwiec 2029 roku.


Starmer objął stanowisko premiera po tym, jak doprowadził Partię Pracy do zdecydowanego zwycięstwa wyborczego w lipcu 2024 roku. Dysponując ogromną większością 175 mandatów w Izbie Gmin – i mając za przeciwnika Partię Konserwatywną, od której wyborcy odwrócili się masowo i, jak się zdawało, na zawsze – Starmer i Partia Pracy mogli patrzeć w przyszłość z optymizmem; przynajmniej na pierwszy rzut oka.


Jak zatem doszło do tego – w niespełna dwa lata później – iż Starmer znalazł się w samym centrum poważnego kryzysu politycznego, wywołanego katastrofalnym wynikiem Partii Pracy w niedawnych wyborach samorządowych i regionalnych?


Ostatnie sondaże wskazują, iż wskaźnik poparcia dla Starmera spadł do poziomu minus 57 procent; w ciągu ostatnich kilku dni 90 posłów z jego własnego ugrupowania wezwało go do rezygnacji; w tym tygodniu z jego gabinetu odeszło czterech ministrów, a on sam utrzymuje się na stanowisku wyłącznie dlatego, iż trzej kandydaci, toczący bój o przejęcie tego „zatrutego kielicha”, jakim stał się urząd premiera, nie potrafią uzgodnić, który z nich posiada najlepsze kwalifikacje, by zostać nowym liderem Partii Pracy.


Wszystko wskazuje teraz na to, iż Wes Streeting – minister zdrowia i opieki społecznej – zebrał w sobie wystarczająco dużo odwagi, by rzucić Starmerowi wyzwanie. Tym samym zapoczątkował on długotrwały i budzący głębokie podziały proces, którego zwieńczeniem będzie wybór nowego lidera przez szeregowych członków Partii Pracy, a nie przez jej parlamentarzystów. Przez ostatnie dwa lata Streeting nieustannie powtarzał, iż publiczna służba zdrowia (NHS) jest „w ruinie”, nadzorował przebieg strajków lekarzy, a jednocześnie przyjmował pokaźne datki od prywatnych firm z branży medycznej.


Wszelka analiza obecnego kryzysu w Partii Pracy musi się oczywiście rozpocząć od samego premiera – polityka, który znalazł się pod ostrzałem krytyki.


Starmer nigdy nie był niczym więcej niż politykiem trzeciej kategorii, całkowicie pozbawionym wizji. W przeciwieństwie do Tony’ego Blaira – którego w nieco sztywny sposób przypomina i którego próbuje naśladować – Starmerowi brakuje zarówno charyzmy, jak i politycznego instynktu. Z kolei w przeciwieństwie do Jeremy’ego Corbyna, Starmer jest całkowicie pozbawiony zasad.


Kwestie wiarygodności prześladowały Starmera przez całą jego krótką karierę polityczną.


Starmer rozpoczynał swoją drogę jako protegowany Corbyna, by następnie – wysuwając pod jego adresem fałszywe oskarżenia o antysemityzm – zniszczyć karierę polityczną swojego mentora i utorować drogę własnym ambicjom. Następnie udawał – w sposób całkowicie nieprzekonujący – iż nigdy tak naprawdę nie popierał programu politycznego Corbyna. Trzeba przyznać, iż ta poza była przynajmniej powierzchownie wiarygodna, ale wyłącznie dlatego, iż trudno było uwierzyć, iż Starmer kiedykolwiek w cokolwiek mocno wierzył.


Doszło też do skandalu związanego z nim samym oraz jego rodziną, którzy przywłaszczyli sobie tysiące funtów w postaci nieujawnionych darowizn (obejmujących markowe garnitury, suknie i okulary przeciwsłoneczne) od zamożnych przedstawicieli globalnych elit, będących darczyńcami Partii Pracy.


Nie wolno nam również zapomnieć o słynnych „Dziesięciu Obietnicach” Starmera z 2020 roku – jego osobistym manifeście politycznym, na podstawie którego został wybrany na lidera Partii Pracy – ani o tym, jak wycofał się z każdej z tych obietnic, aby tylko zostać wybranym premierem w 2024 roku.


Po pozbyciu się Corbyna, Starmer bezwzględnie narzucił Partii Pracy własną, jałową agendę i obsadził swój gabinet uległymi miernotami – takimi jak David Lammy – które choćby w tym tygodniu przez cały czas go popierają.


Starmer zawsze był polityczną pustką, a na stanowisko lidera Partii Pracy wyniosła go grupa sprytnych technokratów – z których najpotężniejszym był Morgan McSweeney – dążących do ukształtowania Partii Pracy na własne podobieństwo.


Jess Phillips, jedna z ministrów, która w tym tygodniu podała się do dymisji, trafnie skrytykowała Starmera, określając go jako „zbyt słabego i nadmiernie skupionego na procedurach, by kiedykolwiek wprowadzić jakiekolwiek realne zmiany”.


Im mniej powie się o mianowaniu przez Starmera Petera Mandelsona na ambasadora w Waszyngtonie, tym lepiej; stanowi to jednak przykład tego, jak decyzje Starmera często łączą w sobie – w równych proporcjach – dwulicowość, korupcję i zatrważający brak wyczucia politycznego. Jest to również przykład na to, jak przedstawiciele globalnych elit potrafią żądać przysług od swoich uległych politycznych popleczników – i je otrzymywać.


Żałosne przemówienie Starmera wygłoszone w zeszły poniedziałek – w którym zasugerował on możliwość ponownego przystąpienia do Unii Europejskiej, a także obiecał „zająć się rządzeniem” i „udowodnić sceptykom, iż nie mają racji” – po raz kolejny potwierdziło, jak mało inspirującym jest on liderem politycznym. Chyba tylko Starmer mógłby uwierzyć, iż tak banalne frazesy są w stanie zażegnać głęboki kryzys polityczny, który go ogarnął. Brytyjscy wyborcy nigdy nie zapałali sympatią do Starmera, a jego zwycięstwo wyborcze w 2024 roku było wynikiem pogardy elektoratu dla nieudolności chylącego się ku upadkowi i głęboko podzielonego rządu konserwatystów, sprawującego władzę od 14 lat. Starmer zawdzięczał swoje zwycięstwo również brytyjskiemu systemowi wyborczemu „first past the post”, który sprawił, iż miliony głosów zdobytych przez raczkującą Reform Party nie przełożyły się na mandaty w Izbie Gmin.

W lipcu 2024 roku rozczarowany brytyjski elektorat – w akcie czystej desperacji – dał Partii Pracy szansę na rozwiązanie chronicznych problemów, które nękały Wielką Brytanię od dziesięcioleci: trwającego upadku gospodarczego, stagnacji płac, ostrego kryzysu kosztów utrzymania, niekontrolowanej nielegalnej imigracji, fal przestępczości oraz gwałtownie rosnącego długu publicznego.


Kilka lat wcześniej ten sam niezadowolony elektorat krótko flirtował z Jeremym Corbynem – choć ostatecznie nie wybrał go na premiera – a następnie, w wyniku miażdżącego zwycięstwa, wyniósł na to stanowisko Borisa Johnsona. Zarówno Corbyn, jak i Johnson zostali później odsunięci od władzy przez własne partie; w 2024 roku wyborcy wybrali więc Partię Pracy pod wodzą Starmera, okazując przy tym znacznie mniej entuzjazmu, niż sugerowałaby to jej ogromna większość w Izbie Gmin. Dziś, niespełna dwa lata później, ów brak entuzjazmu przerodził się w otwartą pogardę.


Co uczynił Starmer, obejmując urząd i dysponując tak niezwykłą większością parlamentarną? Zniósł zimowe dodatki na ogrzewanie dla emerytów, przedterminowo zwolnił z więzień tysiące skazanych oraz znacząco podniósł podatki dla przeciętnych obywateli. Z zapałem wspierał również – i hojnie finansował – reżim Zełenskiego na Ukrainie, a początkowo z entuzjazmem popierał brutalną wojnę Izraela w Strefie Gazy. Już w ciągu kilku tygodni od objęcia urzędu na jaw wyszła rażąca nieudolność polityczna Starmera, a od tamtej pory nieustannie nęka go seria skandali politycznych.


Niestety dla brytyjskich wyborców, Starmer i jego niekompetentny rząd – przy czym winy za ten stan rzeczy bynajmniej nie ponosi on sam – okazali się całkowicie niezdolni do złagodzenia któregokolwiek z tych palących problemów, których rozwiązanie Starmer tak szczerze obiecywał jeszcze przed wyborami.


U podstaw obecnego upadku Starmera i Partii Pracy leżą jednak znacznie istotniejsze trendy polityczne – zjawiska wykraczające daleko poza sam brak osobistej uczciwości czy kompetencji politycznych u Starmera.


Obecnie stało się jasne, iż główne partie konserwatywne i socjaldemokratyczne w zachodnich demokracjach liberalnych – z których jedna tradycyjnie reprezentowała interesy biznesu, druga zaś zorganizowanych pracowników – reprezentują dziś wyłącznie ekonomiczne i ideologiczne interesy globalnych elit kontrolujących światową gospodarkę; partie te są przy tym niezdolne do jakichkolwiek działań innych niż ochrona interesów owych elit.


W miarę jak nowa globalna gospodarka okrzepła, a kontrolujące ją elity zyskały na potędze, te główne nurty polityczne stanowczo odwróciły się od swoich tradycyjnych elektoratów – a wraz z nimi od gwałtownie rosnącej rzeszy przeciętnych obywateli, którzy w wyniku procesów globalizacji ulegli pauperyzacji i poczuli się wykluczeni kulturowo. Wszelkie sugestie, jakoby partie głównego nurtu były szczerze zaangażowane w ochronę interesów tych tradycyjnych grup wyborców oraz wyalienowanych obywateli – czy też w rozwiązywanie dotkliwych problemów gospodarczych i społecznych wywołanych przez globalizację – stanowią jedynie pozory, i to te najbardziej obłudne.


Szybki upadek Starmera i Partii Pracy (a oboje pociągną się nawzajem na dno – pomimo złudzeń potencjalnych pretendentów do przywództwa: Wesa Streetinga, Angeli Rayner i Andy’ego Burnhama – iście „nieświętej trójcy”, jeżeli kiedykolwiek taka istniała – jakoby zmiana lidera miała uratować partię) stanowi doskonały przypadek badawczy, potwierdzający słuszność powyższej tezy.


To, czy Starmer i jego ministrowie byli kiedykolwiek świadomi własnej obłudy i nieudolności, nie ma tu większego znaczenia. Faktem jest, iż nigdy nie mieli oni zamiaru wprowadzać tego rodzaju radykalnych zmian gospodarczych i społecznych, które byłyby niezbędne do rozwiązania problemów, których podjęcia tak uroczyście się podjęli.


A choćby gdyby zobowiązali się do realizacji programu radykalnych zmian, globalne elity i rynki finansowe nigdy nie pozwoliłyby im na jego wdrożenie – o czym na własnej skórze przekonała się w 2022 roku nieszczęsna Liz Truss, próbując wprowadzić w życie odgrzewaną wersję thatcheryzmu. Niestabilność na rynkach obligacji, obserwowana w tym tygodniu, stanowi najpewniejszy znak, iż krótka kariera polityczna Starmera dobiegła końca.


Prawda jest taka, iż ​​współcześni politycy na Zachodzie dysponują znikomą, rzeczywistą władzą – w najlepszym razie mogą jedynie dokonywać kosmetycznych korekt na obrzeżach gospodarek i społeczeństw pogrążonych w stanie permanentnego kryzysu; przez cały czas wydawać ogromne sumy pieniędzy na prowadzenie konfliktów zagranicznych i zjednywanie sobie rozmaitych, niezadowolonych grup społecznych we własnym kraju; a także pogrążać się w kolejnych długach – czyniąc to wszystko przy jednoczesnych, desperackich próbach uniknięcia całkowitego załamania gospodarczego i społecznego.

Jest to jednak gra z góry skazana na porażkę – stąd chroniczna niestabilność polityczna, która charakteryzuje politykę Zachodu w ciągu ostatnich dwóch dekad. Wynikiem tego jest ten nieprzystojny spektakl, w którym jeden nieudolny przywódca jest regularnie zastępowany przez przywódcę jeszcze bardziej nieudolnego. W ostatnich latach swoich rządów Partia Konserwatywna „przerobiła” aż pięciu premierów.


Nie powinno zatem dziwić – a już na pewno nie Starmera, który obserwował tę degrengoladę z pierwszego rzędu – iż on sam znalazł się właśnie w samym środku kolejnego przewrotu na szczytach władzy. Niemniej jednak w tym tygodniu wydawał się on szczerze zdumiony swoim losem – niczym spłoszony jeleń, oślepiony światłami reflektorów, któremu grozi rychłe stanie się polityczną ofiarą drogową.


Zwycięstwo wyborcze Starmera w 2024 roku zwiastowało upadek Partii Konserwatywnej; równie pewne jest to, iż jego własny upadek w tym tygodniu zapowiada śmierć Partii Pracy jako skutecznej siły politycznej w Wielkiej Brytanii.


W istocie to, co rozgrywa się w tym tygodniu, stanowi finałowy akt destrukcji systemu dwupartyjnego – systemu, który przez ponad stulecie kształtował brytyjską politykę i który, pomimo postępującego upadku gospodarczego kraju, zapewniał Wielkiej Brytanii pewien poziom stabilności politycznej, której inne narody niegdyś jej zazdrościły. Tamte „złote czasy” należą już jednak bezpowrotnie do przeszłości.


Wyniki ostatnich wyborów samorządowych i regionalnych jasno wskazują, iż Partia Konserwatywna i Partia Pracy stały się już politycznymi anachronizmami – a brytyjski krajobraz polityczny, w dającej się przewidzieć przyszłości, zdominują odradzająca się populistyczna Partia Reform (Reform Party), Zieloni oraz Liberalni Demokraci.


Równie oczywiste jest to, iż ta wstrząsowa zmiana polityczna została wywołana przez coraz bardziej rozczarowany i rozgoryczony elektorat – którego znaczną część stanowią zwykli obywatele, każdego dnia spychani w ubóstwo przez irracjonalny, globalny system gospodarczy, kontrolowany przez chciwą, skorumpowaną i moralnie zbankrutowaną elitę; elitę, której Peter Mandelson stanowi wręcz podręcznikowy przykład.


Oto lekcje, jakie należy wyciągnąć z żałosnego i całkowicie przewidywalnego politycznego upadku Keira Starmera w tym tygodniu – lekcje, do których inni przywódcy socjaldemokratyczni na Zachodzie powinni przyłożyć szczególną wagę, jeżeli nie chcą podzielić tego samego, w pełni zasłużonego losu, co Keir Starmer i brytyjska Partia Pracy.


Oświadczenia, poglądy i opinie wyrażone w tej kolumnie są wyłącznie poglądami autora i niekoniecznie odzwierciedlają stanowisko RT.


Przetlumaczono przez translator Google

zrodlo:https://www.rt.com/news/640007-keir-starmer-pathetic-demise/

Read Entire Article