Wybory w Krakowie: kto naprawdę finansuje politykę? Czy demokratyczny voucher zmieni zasady gry

instytutsprawobywatelskich.pl 1 hour ago

Z Szymonem Andrzejewskim – autorem książki „Demokracja lokalna w Gdańsku w ujęciu teorii” i politologiem zajmującym się badaniami nad demokracją rozmawiamy o referendum w Krakowie, idei demokratycznego vouchera oraz możliwościach bardziej sprawiedliwego finansowania polityki.

Szymon Andrzejewski

Rozwiń biogram

Socjolog i politolog zajmujący się badaniami nad demokracją. Obronił pracę doktorską na Uniwersytecie Gdańskim w 2023 roku, w tej chwili asystent w Katedrze Socjologii Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. Szuka nowego kształtu instytucjonalnego dla samorządu lokalnego uwzględniając innowacje demokratyczne jak narzędzia typu mini-publics, nauka obywatelska, demokratyczny voucher i bon obywatelski czy też demokracja rozszerzona w oparciu o dane publiczne. Autor książki „Demokracja lokalna w Gdańsku w ujęciu teorii pól”.

Czytaj teksty autora »

(Wywiad jest zredagowaną i uzupełnioną wersją podcastu Czy masz świadomość? pt. Referendum w Krakowie pokazało czerwoną kartkę. Czy demokratyczny voucher odda władzę obywatelom?)

Rafał Górski: Mieszkańcy pokazali czerwoną kartkę Aleksandrowi Miszalskiemu, prezydentowi Krakowa, ale – jak uważają niektórzy komentatorzy – system kolesiostwa przetrwał. Czy wynik tego referendum ma coś wspólnego z potrzebą dyskusji o sposobie finansowania partii politycznych i kampanii wyborczych w Polsce?

Szymon Andrzejewski: To jest bardzo zasadne pytanie, niezależnie od sprawy referendum w Krakowie, które doprowadziło do odwołania Aleksandra Miszalskiego. Z doniesień medialnych można było się dowiedzieć, iż bardzo duże pieniądze zostały wpompowane w kampanię referendalną za odwołaniem prezydenta Krakowa. Można tylko spekulować, jakie to były kwoty – milion złotych, kilka milionów złotych czy też kilkanaście milionów złotych.

Przypomniał mi się Machiavelli, który pisał: „We wszystkie strony Ambicja i Chciwość docierają”.

Powtarzały się też informacje, iż wielokrotny kandydat na prezydenta tego miasta, Łukasz Gibała, sfinansował zbieranie podpisów za przeprowadzeniem referendum, a choćby iż sfinansował kampanię referendalną za odwołaniem Aleksandra Miszalskiego.

Co ciekawe, gdyby wybory samorządowe odbyły się w normalnym terminie, wówczas płacenie wolontariuszom za zbieranie podpisów pod referendum nie byłoby możliwe. Kodeks wyborczy zakazuje takich praktyk pod karą grzywny. Natomiast ustawa o referendum lokalnym nie ma jasnych i precyzyjnych przepisów w tej kwestii.

Przykład tego referendum pokazuje, jak wiele rzeczy w kwestiach wyborczych jest ciągle nieuregulowanych, jak bardzo potrzebują odnowy i przyjrzenia się na spokojnie, co działa, a co nie działa.

Wiele rzeczy wymaga zmiany np. kwestia wydatków w czasie tzw. prekampanii, czyli kampanii wyborczej przed oficjalnym ogłoszeniem terminu wyborów, która jeszcze nie jest obwarowana żadnymi uwarunkowaniami prawnymi i regulacjami przez Państwową Komisję Wyborczą.

Czym jest demokratyczny voucher?

W USA zaczęto szukać sposobu na ograniczenie nadmiernego wpływu pieniędzy na politykę, szczególnie środków pochodzących z kieszeni bardzo bogatych obywateli i prywatnych firm.

Argumentowano, iż ludzie, którzy mają wielkie majątki, mogą potencjalnie wpływać na decyzje innych obywateli. Obywatele mogą głosować na określonych kandydatów tylko dlatego, iż uznają, iż skoro ktoś dorobił się dużego majątku, to na pewno będzie dobrym kandydatem na urzędy publiczne.

Tygodnik Spraw Obywatelskich

Od 2020 roku odkrywamy niewygodne prawdy i nagłaśniamy historie, które mają moc zmieniać Polskę.

Przekaż darowiznę i stań się naszym współwydawcą

Zaczęto się zastanawiać, czy lepszym sposobem urzeczywistnienia zasady równości wyborów od zwykłego jedna osoba – jeden głos nie byłaby formuła: jedna osoba – jeden głos – jeden voucher. Przykładowo każdy obywatel miałby voucher o wartości 100 dolarów, podzielony na mniejsze nominały, który mógłby przekazać na kampanię wyborczą wybranego przez siebie kandydata albo partii politycznej.

Demokratyczny voucher, przy ograniczeniu finansowania z innych prywatnych źródeł jak np. SuperPAC (ang. Political Action Comittee), mógłby sprawić, iż głównym środkiem finansowania kampanii wyborczej byłaby określona kwota przyznana każdemu obywatelowi. W efekcie bardzo majętni ludzie nie mogliby już tak łatwo jak w tej chwili wpłacać milionów dolarów na określonego kandydata.

Demokratyczny voucher? Dlaczego potrzebujemy nowego sposobu finansowania polityki Szymon Andrzejewski

Ta koncepcja rozwijała się w latach 90. XX wieku i na początku XXI wieku w USA. Prowadzono różne debaty akademickie, jak ją ulepszyć i jak ograniczyć wpływ pieniędzy w polityce. Zastanawiano się, na ile uwarunkowania prawne wystarczą i czy publiczne wskazywanie kandydatów przez bogatych obywateli, na przykład w wywiadach, mogłoby być uważane za formę płatnej promocji. Takie rzeczy trudno jest jednak uregulować.

Być może koncepcja demokratycznego vouchera jeszcze długo by się rozwijała, gdyby nie zmiany w USA związane z kryzysem finansowym w 2008 roku i z narodzeniem się ruchu Occupy Wall Street. W 2015 roku system demokratycznego vouchera został wprowadzony w Seattle.

Dlaczego właśnie tam?

Dlatego, iż lokalni społecznicy od dawna szukali sposobów na wprowadzenie bardziej równościowych zasad w finansowaniu kandydatów wyborczych.

Ponieważ w USA nie istnieje system publicznego wsparcia kandydatów w wyborach publicznych, w różnych miastach pojawiły się różne koncepcje na rozwiązanie tego problemu. W Nowym Jorku funkcjonowała zasada zwana matching funds. Polegała ona na tym, iż o ile kandydat wpłacił 1000 dolarów na swoją kampanię, miasto dokładało następne 1000 dolarów z publicznych pieniędzy. Później proporcja tej dopłaty ulegała zmianie. Do środków wpłaconych na kampanię można było otrzymać dofinansowanie publiczne w proporcji 4:1.

Jednak pod wpływem ludzi, którzy wcześniej działali w ruchu Occupy Wall Street, w Seattle zdecydowano się na nowe rozwiązanie, czyli system demokratycznego vouchera. Co interesujące ten system został wprowadzony oddolnie w 2015 roku. To nie radni zagłosowali za jego wprowadzeniem, tylko grupa lokalnych organizacji i lokalnych działaczy wprowadziła ten pomysł pod agendę Rady Miasta Seattle, wykorzystując obywatelską inicjatywę uchwałodawczą. W bardzo wielu stanach USA, o ile tylko uda się zebrać odpowiednią liczbę podpisów, obywatelska inicjatywa uchwałodawcza jest procedowana w lokalnym referendum. Tak było również w przypadku propozycji wprowadzenia demokratycznego vouchera.

Od momentu przegłosowania tej inicjatywy w 2015 roku do jej faktycznego wdrożenia minęły dwa lata, dlatego pierwsze demokratyczne vouchery wykorzystano w praktyce podczas wyborów w 2017 roku.

Jakie rezultaty przyniosło to rozwiązanie?

Od 2017 roku powstało wiele prac naukowych analizujących ten system. Wynika z nich, iż demokratyczny voucher sprawił, iż lokalne kampanie wyborcze w Seattle zaczęły być w większym stopniu finansowane przez mieszkańców.

Problemem wielu miast w USA jest to, iż lokalne kampanie wyborcze są często finansowane przez wielkie firmy. Tak samo było w Seattle. Przed wprowadzeniem demokratycznych voucherów zdecydowana większość pieniędzy pochodziła od darczyńców spoza miasta związanych z biznesem.

Po wprowadzeniu demokratycznego vouchera udział drobnych wpłat wzrósł. Co prawda, mieszkańcy nie zaczęli masowo korzystać z demokratycznych voucherów, ponieważ podchodzili do nich nieufnie. W pierwszych wyborach po wprowadzeniu vouchera w Seattle w 2017 roku były przypadki, iż mieszkańcy otrzymujący vouchery pocztą (w stanach USA na Zachodnim Wybrzeżu bardzo popularne jest głosowanie pocztowe) traktowali je jako scam i wyrzucali.

Miałem okazję rozmawiać z przedstawicielką Seattle Ethics and Elections Committee, czyli miejskiej komisji wyborczej odpowiedzialnej za wybory w tym mieście i za wdrażanie programu demokratycznych voucherów. Podkreślała, iż przed jego wprowadzeniem mniej niż 1% pieniędzy pochodziło od drobnych darczyńców. Po uruchomieniu programu, w zależności od roku wyborczego, z demokratycznych voucherów skorzystało od 4 do 8% obywateli Seattle.

Demokratyczny voucher spowodował też to, iż znacznie wzrosła liczba kandydatów startujących w wyborach.

Kandydatami zaczęli być ludzie, którzy byli popularni w swoim środowisku lokalnym i mieli energię na zmianę. Możemy zakładać, iż wiele takich osób wcześniej rezygnowało ze startu w wyborach, ponieważ myśleli: „Nie mamy pieniędzy, więc po co w ogóle starać się konkurować z przedstawicielami partii politycznych, którzy mają całe sztaby i duże pieniądze”.

W 2025 roku, po dziesięciu latach od wprowadzenia tego systemu, podjęto decyzję o jego kontynuowaniu.

Profesor Jarosław Flis w wywiadzie dla Tygodnika Spraw Obywatelskich powiedział: „Jeżeli jest ktoś, kto ma pomysł, jak fundusze zorganizować, stworzyć jakąś bazę, jest w stanie przełamać schemat, natomiast uogólniając, publiczne finansowanie jest czynnikiem stabilizującym, ale niestety niespecjalnie zdrowym”. Jak system demokratycznego vouchera miałby wyglądać w Polsce? Jakie byłyby korzyści z takiego rozwiązania w wyborach parlamentarnych i lokalnych?

W analizie, którą napisałem dla Fundacji Rozwoju Demokracji Lokalnej o demokratycznym voucherze – pierwszej takiej analizie w języku polskim, dostępnej w sieci – zwróciłem uwagę na problem pieniędzy w polityce na poziomie lokalnym.

W 2016 roku powstał raport „Pieniądze i polityka na szczeblu lokalnym” przygotowany dla Instytutu Spraw Publicznych, który dotyczył wyborów samorządowych. Na podstawie sprawozdań finansowych komitetów wyborczych, składanych do Krajowych Biur Wyborczych w całym kraju, został wysunięty wniosek, iż polityka na poziomie lokalnym jest bardzo mocno zoligarchizowana.

Kto wpłaca na kampanię wyborczą w wyborach lokalnych?

Gdyby prześledzić dokładnie wpłaty komitetów najważniejszych kandydatów, zauważymy, iż o ile o urząd prezydenta dużego miasta ubiega się urzędujący prezydent, jego kampanię finansują takie osoby jak prezesi spółek miejskich, urzędujący wiceprezydent, radni itd. Łukasz Gibała, kandydat na prezydenta Krakowa, wpłacił na swoją kampanię 25 000 zł. Prawie tę samą kwotę , czyli 24 950 zł wpłacił również jego ojciec, Leszek Gibała. Z kolei Sławomir Ptaszkiewicz, który startował w wyborach na prezydenta Krakowa w 2014 roku, również przeznaczył olbrzymie środki na swoją kampanię.

Próżno tam szukać wpłat od zwykłych obywateli.

Problem polega również na tym, iż sprawozdania finansowe komitetów wyborczych są składane trzy miesiące po wyborach, kiedy już większość ludzi zdąży o nich zapomnieć. A przecież pieniądze odgrywają bardzo dużą rolę w wyborach lokalnych.

Uważam, iż na poziomie krajowym system demokratycznego vouchera mógłby zrobić dużo dobrego, ponieważ oddałby część władzy w ręce ludzi. To 100 zł moglibyśmy wpłacić na zupełnie nowy ruch polityczny, nową partię polityczną, która dopiero stara się wejść na scenę polityczną.

Nasz rynek polityczny staje się coraz bardziej konkurencyjny, a partia, która stara się o finansowanie z budżetu państwa, musi uzyskać 3% głosów w wyborach do Sejmu. Taki demokratyczny voucher mógłby wpływać na egalitaryzm w wyborach powszechnych, poprzez możliwość finansowania podmiotów, które miałyby wielki kłopot w osiągnięciem tego pułapu.

Jeżeli chcielibyśmy wprowadzić taki system w Polsce, trzeba by zmienić Kodeks wyborczy. Wszystko leży w rękach ustawodawcy.

W 2012 roku rozpoczęliśmy kampanię „Obywatele decydują”, której celem jest zmiana układu sił w zakresie obywatelskiej inicjatywy ustawodawczej, czyli zasad zbierania 100 tysięcy podpisów pod obywatelskimi projektami ustaw. Mamy rok 2026, partyjny beton przez cały czas blokuje jakiekolwiek zmiany i nie chce dać obywatelom większych możliwości wychodzenia z własnymi inicjatywami. Wszystko to dzieje się przy akompaniamencie narzekań tak zwanych elit politycznych na niski poziom zaangażowania społecznego Polaków.

Czy ustawodawcy będą chcieli wprowadzić taką innowację?

Może się okazać, iż mało który polityk zagłosowałby za taką zmianą. Staram się jednak przekonywać do tego rozwiązania w wielu miejscach. Ono nie jest lekiem na wszystkie problemy naszego systemu politycznego, ale mogłoby być częścią szerszego pakietu rozwiązań demokratyzacji naszego życia politycznego. Takimi rozwiązaniami mogłyby być między innymi nauka obywatelska oraz zmiany w konstrukcji obywatelskiej inicjatywy uchwałodawczej, tak aby nie można było odrzucić propozycji zgłaszanych przez obywateli już w pierwszym czytaniu. Zamiast tego powinny one kończyć się wnioskiem o przeprowadzenie referendum.

Moglibyśmy również wprowadzić senat obywatelski, coś na wzór drugiej izby parlamentu na poziomie lokalnym, do której obywatele byliby losowani według określonych kryteriów, takich jak wiek, wykształcenie, miejsce zamieszkania czy płeć. Jak widać, jest wiele potencjalnych rozwiązań, które mogą zmienić układ sił w polityce zarówno lokalnej, jak i centralnej.

Jakie problemy i ryzyka wiążą się z systemem demokratycznych voucherów?

Jak z każdym tego typu systemem może on paść ofiarą nadużyć lub manipulacji.

Były przypadki oskarżeń wobec kandydatów w Seattle. Zarzucano im, iż zebrali pieniądze od obywateli i wydali je niezgodnie z przeznaczeniem. Istnieje również ryzyko, iż ktoś mógłby zbierać vouchery od obywateli, a potem próbować je odsprzedać na rzecz jakiegoś kandydata. Żeby tego uniknąć, stosuje się zabezpieczenia takich voucherów podobne do tych wykorzystywanych w banknotach, między innymi numery identyfikacyjne i kody kreskowe. Póki co nie odnotowano większych problemów, w przeciwieństwie do innych systemów finansowania polityki.

Ten system można uznać za nie dość szczelny, ale trzeba go najpierw wypróbować. Dopiero wtedy będzie można ocenić, ile osób chciałoby z niego skorzystać oraz jaką wartość mógłby mieć taki voucher. Przykładowo w Polsce demokratyczny voucher mógłby mieć wartość 40 zł, podzieloną na nominały po 10 zł. To byłaby naprawdę spora kwota, gdybyśmy chcieli wprowadzić taki system w wyborach powszechnych. Według moich wstępnych wyliczeń, w zależności od ilości wyborców biorących udział w głosowaniu, koszt voucherów wyniósłby około 1,2 miliarda złotych. To jest kwota o wiele większa niż dotacje z budżetu państwa dla partii politycznych, które w latach 2021–2025 wyniosły około 330 milionów złotych.

Ta suma zmienia się zależnie od wyników wyborczych. W 2021 roku to było około 55 milionów złotych, a w tym roku około 84 milionów złotych. To są jednak niewielkie kwoty w budżecie państwa.

To byłyby dużo większe kwoty niż te, które dostają partie w obecnym systemie. Co partie miałyby takiego zrobić, żeby zasłużyć na te pieniądze? Jak przekonać obywateli, żeby te pieniądze przeznaczyć na partie polityczne, a nie na służbę zdrowia albo na transport publiczny?

W Polsce bardzo popularne są różnego rodzaju zrzutki. To pokazuje, iż zaufanie do takiej formy finansowania jest całkiem wysokie. o ile każdy obywatel otrzyma określoną kwotę do wykorzystania w ramach vouchera demokratycznego, to na pewno będzie skłonny z niej skorzystać.

Dlatego w ramach mojej pracy naukowej rozwijam koncepcję bonu obywatelskiego.

Obywatel mógłby podzielić przykładową kwotę 40 zł i jedną część przeznaczyć na kampanię wyborczą określonego kandydata, a pozostałą część przekazać na funkcjonowanie jakiegoś niezależnego lokalnego medium.

Mógłby choćby przeznaczyć tylko 10 zł na lokalnego polityka, część na lokalne medium, a pozostałą część na wsparcie organizacji pozarządowej, która monitoruje działania władz albo na jakiś związek zawodowy.

Możliwość przeznaczenia określonej kwoty w ramach demokratycznego vouchera czy też powszechnego bonu obywatelskiego, nie tylko na cele polityczne, ale także na funkcjonowanie społeczeństwa obywatelskiego jest moim zdaniem ciekawym pomysłem, który warto rozwijać w przyszłości.

Wszelkiego rodzaju organizacje non-profit działające na rzecz społeczeństwa obywatelskiego są chronicznie niedofinansowane i funkcjonują tylko dzięki zbiórkom. Media utrzymują się ze sprzedaży informacji, jednak ich nakłady również spadają, a dochody z subskrypcji nie są wysokie. Niestety, media lokalne coraz gorzej sobie radzą. „Dziennik Bałtycki” był kiedyś najważniejszą lokalną gazetą na Pomorzu, ale w tej chwili zasięg oddziaływania tej gazety istotnie się zmniejszył. Organizacje lokalne, NGO-sy, związki zawodowe, badania naukowe, lokalne startupy rozwijające innowacje społeczne, jeżeli realizują słuszne cele społeczne powinny być jakoś finansowane.

System powszechnego bonu obywatelskiego mógłby nie tylko finansować politykę w bardziej egalitarny sposób niż dotąd, ale także dawać wsparcie innym sektorom społeczeństwa obywatelskiego.

Referendum lokalne – dobra zmiana Jarosław Sachajko, Rafał Górski

Jakiego ważnego pytania nikt jeszcze panu nie zadał w tematach, o których rozmawiamy i jaka jest na nie odpowiedź?

Nikt mnie jeszcze nie spytał, kiedy wdrożymy ten system. Chciałbym dowiedzieć się, czy istnieje jakaś siła polityczna lub środowisko, które byłoby skłonne przekuć ten pomysł w konkretne rozwiązania ustawowe, a następnie wypróbować je w kilku gminach w Polsce.

Moja odpowiedź na to pytanie byłaby: z chęcią włączę się w taką inicjatywę. Pozostaje tylko kwestia, kiedy będzie można zacząć konkretne prace.

Czas pokaże, czy ktokolwiek z klasy politycznej zainteresuje się tym tematem. Niestety, choćby gdybyśmy zebrali milion podpisów pod tym pomysłem, ostateczna decyzja i tak należy do osób, które zasiadają w ławach sejmowych i senatorskich na ulicy Wiejskiej.

Dziękuję za rozmowę.

Read Entire Article