Donald Trump znów mówi o zakończeniu wojny w Ukrainie. Po spotkaniu z Wołodymyrem Zełenskim podczas szczytu G7 w Évian prezydent USA przekonywał, iż Rosja powinna zawrzeć porozumienie, a on sam jest gotów pomóc w doprowadzeniu do rozmów. Brzmiało to jak zapowiedź nowego dyplomatycznego otwarcia. Problem w tym, iż za słowami Trumpa wciąż nie widać jasnego planu nacisku na Moskwę.
Dla Ukrainy i europejskich stolic to moment szczególnie delikatny. Kijów potrzebuje pokoju, ale nie pokoju narzuconego z zewnątrz. Europa również nie chce zostać sprowadzona do roli obserwatora, który finansuje bezpieczeństwo Ukrainy, dostarcza broń, ponosi polityczne i gospodarcze koszty wojny, a potem dowiaduje się, jakie warunki uzgodniono gdzieś indziej.
Trump znów obiecuje koniec wojny
Trump od dawna przedstawia się jako polityk zdolny przeciąć konflikty szybciej niż tradycyjna dyplomacja. W przypadku Ukrainy ta obietnica brzmi jednak szczególnie ryzykownie. Według doniesień Reutersa rozmowa Trumpa z Zełenskim na szczycie G7 została oceniona przez stronę amerykańską jako dobra. Ukraiński prezydent zabiegał przede wszystkim o dalsze wsparcie w obronie powietrznej oraz o zwiększenie presji sankcyjnej na Rosję.
Construire la paix et la sécurité pour l’Ukraine et l’Europe. pic.twitter.com/VgMo2HjCkV
— G7 (@G7) June 16, 2026Kijów nie chce pokoju pisanego za jego plecami
Zełenski próbuje przekonać Zachód, iż Ukraina nie jest biernym uczestnikiem cudzej gry dyplomatycznej. Kijów chce rozmów, ale takich, które nie zaczynają się od założenia, iż część ukraińskiego terytorium można po prostu wpisać w cenę pokoju. Dla Ukrainy porozumienie bez realnych gwarancji bezpieczeństwa nie byłoby końcem wojny, ale przerwą przed kolejnym rosyjskim uderzeniem.
Dlatego tak ważne jest, kto siedzi przy stole i kto ustala warunki. jeżeli negocjacje zostałyby sprowadzone do szybkiego układu między Waszyngtonem a Moskwą, Ukraina mogłaby znaleźć się w sytuacji państwa, którego przyszłość omawia się ponad jego głową. Tego obawia się nie tylko Kijów, ale także europejscy sojusznicy Ukrainy.
Europa chce miejsca przy stole
Europejscy przywódcy popierają rozmowy pokojowe, ale coraz wyraźniej podkreślają, iż nie mogą one odbywać się bez Ukrainy i bez Europy. To nie jest wyłącznie kwestia prestiżu. Każde porozumienie dotyczące Ukrainy będzie miało bezpośrednie konsekwencje dla bezpieczeństwa całego kontynentu: od Polski i państw bałtyckich, przez Niemcy i Francję, po Wielką Brytanię.
Europa wie też, iż Rosja uważnie obserwuje podziały Zachodu. o ile Kreml uzna, iż Trump szuka przede wszystkim szybkiego politycznego sukcesu, może próbować wykorzystać tę presję. Pokój zawarty zbyt wcześnie, zbyt słabo zabezpieczony i zbyt korzystny dla agresora mógłby zostać w Moskwie odczytany nie jako koniec imperialnej polityki, ale jako dowód, iż cierpliwość i brutalność się opłacają.
Pokój czy polityczny skrót?
Największe pytanie nie brzmi więc, czy rozmawiać z Rosją. W pewnym momencie rozmowy mogą okazać się konieczne. Pytanie brzmi, na jakich warunkach, z czyim udziałem i przy jakich gwarancjach. Ukraina potrzebuje zakończenia wojny, ale nie potrzebuje dyplomatycznego skrótu, który zamrozi konflikt, pozostawi Rosji zyski z agresji i osłabi bezpieczeństwo Europy.
Trump może stać się politykiem, który pomoże wymusić na Moskwie realne negocjacje. Może też jednak uznać, iż sam fakt ogłoszenia „pokoju” jest ważniejszy niż jego trwałość. W tym drugim scenariuszu rachunek za szybkie porozumienie zapłaciłaby przede wszystkim Ukraina, ale konsekwencje odczułaby cała Europa.
Europa nie boi się pokoju. Boi się pokoju źle napisanego: bez Kijowa, bez trwałych gwarancji i bez zrozumienia, iż ustępstwa wobec Moskwy mogą nie zakończyć wojny, ale tylko przesunąć ją w czasie.








