W pierwszym obszernym wywiadzie po dyplomatycznej awanturze z marszałkiem Sejmu Włodzimierzem Czarzastym ambasador USA w Polsce Thomas Rose składa dwie twarde deklaracje: amerykańska obecność wojskowa nad Wisłą ma się utrzymać, a Waszyngton – jak to ujął – nie będzie „akceptował czy tolerował skandalicznych obelg wobec” prezydenta Donalda Trumpa. Rozmowa opublikowana 10 lutego 2026 r. w „Rzeczpospolitej” gwałtownie stała się paliwem dla krajowej polityki, bo Rose wchodzi też w wątek wyborczy i wprost sygnalizuje, iż ewentualny rząd z udziałem Grzegorza Brauna byłby dla Stanów „poważnym problemem”.

Thomas Rose Fot. White House, Public Domain, commons.wikimedia.org
Wywiad układa się w próbę odcięcia tego, co w ostatnich dniach narosło wokół ambasady: spekulacji o przyszłości amerykańskich wojsk, pytań o granice dyplomatycznej ingerencji oraz oskarżeń, iż spór z jednym z najważniejszych urzędników polskiego państwa osłabia wiarygodność sojuszu. Rose nie ucieka od tonu twardej riposty, ale jednocześnie buduje szerszą ramę: mówi o „ogromnych zmianach geopolitycznych”, o interesie USA w silnej współpracy z Polską i o tym, iż sojusz – jego zdaniem – „się nie zmieni”.
Wojska USA w Polsce: „nasze wojska zostaną”
Wątek wojsk jest w rozmowie najbardziej jednoznaczny. Ambasador deklaruje, iż „nasze wojska zostaną w Polsce” i daje do zrozumienia, iż scenariusz odwrotu nie jest na stole. W przekazach streszczających wywiad powraca też jego ironicznie ostra uwaga, iż zmiana mogłaby nastąpić tylko wtedy, gdyby to Polska z jakichś „nieprawdopodobnie głupich powodów” uznała, iż amerykańskich żołnierzy nie chce. Ten fragment, cytowany szeroko przez media, brzmi jak próba przecięcia plotek i jednocześnie przypomnienie, iż obecność wojskowa jest elementem wspólnego układu interesów, a nie jednostronnym „prezentem”.
Spór z Włodzimierzem Czarzastym i reakcja ambasadora USA
Najbardziej politycznie zapalny jest jednak spór o Czarzastego. Rose był dopytywany, czy zerwanie kontaktów z marszałkiem Sejmu – czyli konstytucyjnie jednym z kluczowych przedstawicieli państwa – nie jest w istocie awanturą personalną, która uderza w relacje państwowe. Odpowiada kontrpytaniem: „Uważa więc pan, iż nie powinienem odpowiedzieć na jego ataki na prezydenta?”. Potem idzie krok dalej i wzmacnia przekaz: „Przebiłem się ze swoim przesłaniem. Nie będziemy akceptowali czy tolerowali skandalicznych obelg wobec naszego prezydenta! Każdy Polak ma oczywiście prawo do dzielenia się swoimi opiniami. Ale my też mamy prawo na te opinie czy oceny reagować”. To jest sedno jego linii obrony: wolność krytyki w Polsce uznaje, ale jednocześnie stawia granicę, po której – w amerykańskiej ocenie – zaczyna się niedopuszczalna zniewaga, a na nią ambasador ma reagować.
Problem w tym, iż w rozmowie unika doprecyzowania, które konkretnie słowa marszałka uznaje za „osobisty atak” na Trumpa. Wprost pada odmowa grania w szczegóły: „To nie jest wszystko, co powiedział. Każdy może sobie to jeszcze raz przeczytać. Ja nie muszę tego powtarzać” – a kiedy dziennikarz dopytuje, które zdanie miałoby przesądzać o kwalifikacji „obelgi”, Rose odpowiada w duchu: można pytać wiele razy i odpowiedź się nie zmieni. Ten manewr jest czytelny: utrzymać maksymalnie twardą ocenę, ale nie wikłać się w cytowanie konkretów, które natychmiast stałyby się elementem sporu w Polsce i w USA.
Wybory 2027 i Grzegorz Braun: sygnał polityczny z Waszyngtonu
W tym samym wywiadzie Rose dotyka jeszcze jednej osi, która w polskiej polityce wraca jak bumerang: czy amerykańska dyplomacja próbuje układać scenę polityczną w Warszawie pod własne preferencje. Pytany o perspektywę wyborów parlamentarnych w 2027 r. i o rosnącą rolę Grzegorza Brauna, odpowiada ostrożnie, iż to nie jego rola przesądzać wynik wyborów, ale jednocześnie dodaje ostrzeżenie, którego trudno nie odczytać jako politycznego sygnału: Braun jest „bardzo antyamerykański” i „byłoby nam trudno coś podobnego zaakceptować”. W praktyce to sugestia, iż wejście jego środowiska do rządu mogłoby zaciążyć na relacjach z Waszyngtonem – choćby jeżeli Rose nie mówi tego wprost językiem „warunków” czy „ultimatum”.
Sondaże o wiarygodności USA i odpowiedź ambasadora
Wywiad ma też wymiar wizerunkowy. Rose komentuje sondaż „Rzeczpospolitej”, z którego wynika, iż 53,2 proc. badanych uznaje USA za niewiarygodnego sojusznika, a 29,9 proc. – za wiarygodnego. Ambasador mówi, iż jeżeli te wyniki odzwierciedlają nastroje, to jest to „godne pożałowania” i „bardziej dla Polski niż dla Ameryki”, po czym dodaje zdanie, które brzmi jak deklaracja strategicznej stałości: mimo sondaży „pozostajemy partnerami i aliantami. I to się nie zmieni”. To jednocześnie obrona przed zarzutem, iż emocjonalna eskalacja z marszałkiem Sejmu może mieć konsekwencje twarde – w wojsku, w kontraktach, w polityce bezpieczeństwa.
Relacje z Nawrockim i wątek tożsamości
W tle rozmowy przewija się jeszcze jeden epizod, który w polskiej debacie wywoływał emocje: Rose broni relacji z prezydentem Karolem Nawrockim i odpiera interpretacje, jakoby miał żal o decyzje i symboliczne gesty z kampanii oraz pierwszych miesięcy prezydentury. Pada fragment osobisty, bo ambasador mówi o swojej tożsamości i jednocześnie próbuje odciąć medialne „podkręcanie” konfliktu: „Jestem Żydem, choćby bardzo. Ale powtórzę: Karol Nawrocki jest naszym wielkim przyjacielem”. W tym ujęciu Rose proponuje prostą tezę: relacje amerykańsko-polskie mają być prowadzone szeroko, obejmować główne siły polityczne, a bieżące spory – choćby głośne – nie powinny przysłaniać strategicznego interesu obu stron.
Co dalej dla relacji USA–Polska: spór o słowa i twarda geopolityka
To, co dzieje się po publikacji, pokazuje jednak, iż wywiad nie zamyka tematu, tylko go otwiera na nowo. Dla jednych Rose broni godności urzędu i kraju, który reprezentuje, dla innych – przesuwa granice dyplomatycznej ingerencji w polską politykę, zwłaszcza gdy padają odniesienia do konkretnych nazwisk i przyszłych konfiguracji rządowych. W praktyce stawką jest nie tylko spór o słowa Czarzastego, ale też pytanie, czy ambasador może publicznie „karać” marszałka Sejmu ograniczeniem kontaktów, a jednocześnie utrzymywać, iż nie jest to uderzenie w relacje państwowe. Rose wybrał linię twardą, ale jego odmowa wejścia w szczegóły sprawia, iż konflikt pozostaje w sferze interpretacji, a nie zamkniętych faktów.
Na dziś jedna rzecz jest pewna: amerykańska strona świadomie łączy dwa komunikaty w jeden pakiet. Pierwszy ma uspokajać opinię publiczną i instytucje bezpieczeństwa – wojska USA w Polsce zostają. Drugi ma ustawić ramę politycznej dyskusji – krytyka USA jest dopuszczalna, ale „obelgi” wobec Trumpa mają spotykać się z reakcją, a wejście sił jawnie antyamerykańskich do rządu byłoby problemem dla Waszyngtonu. W polskich realiach to mieszanka, która będzie żyła długo, bo dotyka i emocji, i twardej geopolityki.
SEO (thefad.pl) Tytuł SEO: Thomas Rose w „Rzeczpospolitej”: wojska USA zostają w Polsce Meta opis: Ambasador USA Thomas Rose komentuje spór z Czarzastym, obecność wojsk USA i ostrzega przed rządem z udziałem Grzegorza Brauna. Fraza kluczowa: Thomas Rose wywiad Rzeczpospolita Tagi: USA–Polska, dyplomacja, wojska USA w Polsce, Donald Trump, Włodzimierz Czarzasty
DF, thefad.pl / Źródło: „Rzeczpospolita” (10.02.2026)
