Rozdział IV „Śmierć na ulicy”
Korneliusz de Witte uniósł się ze swego łoża. Jego brat pomagał mu w tej czynności. Opuścili celę i zeszli po schodach. Na końcu schodów czekała Róża, córka dozorcy więziennego. Była piękną dziewczyną w wieku około osiemnastu lat. „Muszę tobie coś powiedzieć...” - wyznała Róża. „Cóż takiego, moje dziecko?” - zapytał Jan de Witte. „Nie idźcie na ulicę” - odrzekła - „Żołnierze właśnie się wynieśli. Ludzie was zlinczują, jeżeli zauważą.”. „Co zatem mamy zrobić?” - zapytał Korneliusz. „Wyjdźcie tylną bramą.” - zasugerowała Róża - „Otwiera się na małą uliczkę; powiedziałam woźnicy waszej karety, aby tam na was czekał.”. „Problemem jest to, czy twój ojciec, Gryphius, dozorca więzienny, otworzy wrota?” - wyraził obawę Jan. „Wiem, iż on nie otworzy tych wrót” - powiedziała Róża - „Ale zabrałam jemu klucz. Tu jest.”. „Moje dziecko, nie wiem, jak tobie dziękować. Nic nie mogę ci podarować oprócz Biblii, którą znajdziesz w mojej celi. Wiem, iż nie umiesz czytać ale być może ktoś ciebie nauczy. Ta rzecz stanowi ostatni podarunek człowieka, który próbował ocalić swój kraj. Mam nadzieję, iż przyniesie tobie jakąś korzyść”. „Dziękuję ci panie!” - rzekła Róża - „Będę ją miała zawsze przy sobie, mimo tego, iż nie umiem czytać. Chciałabym wiedzieć, jak się czyta.”.
Wrzaski tłumu stały się głośniejsze. „Chodźmy szybko!” - ponaglała Róża. Oni poszli za nią, gdzieś w dół, jakimiś schodkami, przeszli mały dziedziniec. Róża otworzyła wrota i wyszli na ulicę. „Do widzenia, moje dziecko!” - pożegnali Różę, Korneliusz i Jan. „Pospieszcie się!” - krzyknęła Róża - „Ludzie rozwalają już główną bramę.”. W końcu kareta podjechała do bramy miasta. „Otwierać!” - zawołał woźnica - „Otworzyć bramę! Nuże!”. „Nie mogę jej otworzyć...” - odparł odźwierny - „Zabrano mi klucz...”. „Musimy spróbować wydostać się inną bramą...” - zawyrokował Jan. Kareta zawróciła. Jakiś człowiek wybiegł zza rogu budynku. Inni pobiegli za nim. „Szybciej woźnico! Szybciej!” - ponaglał Jan. Jeden z ludzi stanął w poprzek drogi. „Stop!” - krzyczał. Kareta pędziła dalej.
Człowiek ten upadł na bruk, a kareta przejechała po nim. Znacznie więcej ludzi wyległo na ulicę. Nie było już odwrotu. „Będziemy musieli opuścić karetę...” - powiedział Jan. „Tam są!” - krzyknęli rozjuszeni ludzie. Jakiś człowiek uderzył konia w łeb, tak iż zaraz padł martwy. Pozostali wyciągnęli Jana i Korneliusza z karety. „Mój brat! Gdzie jest mój brat?!” - krzyczał Jan de Witte. Korneliusz leżał już martwy na ulicy. Inny człowiek przyłożył nabitą broń do głowy Jana, ale nie wypaliła. Uniósł kolbę ponad swoją głowę i uderzył Jana powalając na ulicę. niedługo oba ciała braci zawisły na drzewie obok więzienia. Nienawistny tłum zrobił swoje!















