Mariusz Błaszczak jest przykładem polityka, który osiągnął ogromną władzę przy zaskakująco małej sile osobistego przywództwa.
Był szefem MSWiA, ministrem obrony i wicepremierem, a jednak przez lata nie zbudował własnej charyzmatycznej pozycji porównywalnej z rangą sprawowanych stanowisk.
Jego najważniejszym kapitałem politycznym wydaje się nie magnetyzm, oryginalność czy zdolność tworzenia własnego obozu, ale lojalność, przewidywalność i długoletnia bliskość wobec Jarosława Kaczyńskiego.
Krytycy właśnie tutaj lokują źródło wizerunku Błaszczaka jako wykonawcy woli partyjnego centrum, a nie samodzielnego kreatora polityki.
W tym sensie potoczne oskarżenie o „lokajstwo” można przełożyć na poważniejszą diagnozę: jego polityczna podmiotowość pozostaje w cieniu człowieka, któremu zawdzięcza znaczną część swojej pozycji.
Brak wyrazistej charyzmy dodatkowo wzmacnia ten obraz — trudno wskazać „błaszczakizm”, własną doktrynę czy masowy ruch ludzi związanych przede wszystkim z nim.
Paradoks polega jednak na tym, iż właśnie te cechy mogły być źródłem jego skuteczności. Nie trzeba być charyzmatycznym wodzem, żeby być niezwykle skutecznym człowiekiem aparatu.
Najkrócej:
Błaszczak doszedł bardzo wysoko, ale jego stanowiska rosły szybciej niż jego polityczna osobowość. Im wyżej się znajdował, tym bardziej widoczny stawał się paradoks: ogromna funkcja, niewielkie własne pole grawitacyjne.














