"Globalism must be defeated"

grazynarebeca5.blogspot.com 1 hour ago

autor: Tyler Durden

Poniedziałek, 10 sierpnia 2026 - 05:20

Autor: J.B. Shurk za pośrednictwem American Thinker,

Dzisiejsi internacjonaliści byli wczorajszymi imperialistami...

Niektóre politycznie nacechowane słowa niemal z dnia na dzień stają się częścią naszego wspólnego słownictwa. "Globalizm" to na czasie przykład. Dziesięć czy piętnaście lat temu nazywanie kogoś "globalistą" nie miało większego wpływu. Dziś jest dobrze rozumiana jako pejoratyw, który podkreśla czyjąś lojalność wobec instytucji międzynarodowych zamiast tych stworzonych w ramach państwa narodowego.

Chociaż termin ten był używany w różnych środowiskach akademickich od ponad wieku, nie stał się częścią naszego powszechnego języka politycznego, dopóki antyestablishmentowi konserwatyści w Stanach Zjednoczonych i Europie nie uznali go za użyteczny taksonomiczny opis swoich ideologicznych przeciwników. Z perspektywy czasu zaskakuje zaskakujące, jak długo słowo "globalizm" pozostało uśpione i ukryte w kontekście wypowiedzi i debat politycznych.

Podczas zimnej wojny jednak świat był podzielony między Związek Radziecki a Stany Zjednoczone, między komunizm a wolność, między gospodarki zamknięte a otwarte rynki.

W zakresie, w jakim nacjonalizm i globalizm były od siebie odróżniane, naukowcy i przywódcy polityczni robili to pod parasolem zimnowojennego rywalizacji między Wschodem a Zachodem, by pochłonąć jak najwięcej państw narodowych. Obie strony przyjęły "teorię domina" geopolityki, w której zwolennicy walczyli o globalną dominację, naród po kraju.

Od lat 50. nastąpiła jednak celowa, choć rzadko opisywana, zmiana językowa.

W gazetach i esejach naukowych XIX i początku XX wieku terminy "nacjonalizm" i "patriotyzm" były w dużej mierze używane zamiennie.

Po II wojnie światowej "nacjonalizm" coraz bardziej nabierał negatywnych konotacji, aż ostatecznie stał się zastępczym słowem "faszyzm" lub "nazizmem".

W dzisiejszych czasach czołowi polityczni i naukowi przywódcy mówią o "nacjonalizmie" jakby był to jadowitą formą rasizmu, imperializmu i autorytaryzmu połączoną w jedną złowrogą filozofię.

Dla kontrastu, aż do niedawna "patriotyzm" zachowywał pozytywne znaczenie, mimo iż jego greckie korzenie opisują związek człowieka z "rodakami" i "ojczyzną".

Gdyby choć jedno z tych dwóch słów — "nacjonalizm" lub "patriotyzm" — miało przetrwać II wojnę światową bez zmian, rozsądny człowiek mógłby się założyć, iż "nacjonalizm" wydaje się bardziej nieszkodliwy i mniej "problematyczny" dla współczesnych wrażliwości, a więc bardziej skłonny przetrwać z neutralnym politycznie znaczeniem.

"Patriotyzm" natomiast, ze swoim emocjonalnym odwołaniem do "ojczyzny", mógłby wydawać się bardziej kontrowersyjny.

Zamiast tego "nacjonalizm" został ostatecznie demonizowany za semantyczne powiązania z "narodowym socjalizmem" partii nazistowskiej, podczas gdy "patriotyzm" został przyjęty jako niezbędna cecha dla obywateli Zachodu walczących z komunistyczną ekspansją Związku Radzieckiego podczas zimnej wojny.

To nie był historyczny przypadek.

Po II wojnie światowej przywódcy polityczni i intelektualni na Zachodzie podjęli intensywne działania, by wykorzystać zniszczenia spowodowane przez dwie katastrofalne wojny światowe jako głęboki moralny argument za wytyczeniem nowej drogi dla ludzkości.

Przedstawiając rzeź tych wojen jako naturalny rezultat nieokiełznanego "nacjonalizmu", architekci powojennego świata pokładali wiarę w instytucje międzynarodowe. Organizacja Narodów Zjednoczonych, Organizacja Układu Północnoatlantyckiego i Unia Europejska powstały bezpośrednio po II wojnie światowej, ale wraz z tym powstało tysiąc nowych organizacji międzynarodowych, które miały robić wszystko – od standaryzacji produkcji przemysłowej w fabrykach na całym świecie po regulację przepływu ludzi i towarów przez granice.

"Internacjonalizm" był sprzedawany jako antidotum na wojnę i dlatego stał się niemal synonimem "pokoju".

Dychotomia między "nacjonalizmem" a "internacjonalizmem" była znacznie łatwiejsza do publicznego przedstawienia niż kontrast między patriotyczną miłością do ojczyzny a niepatriotyczną nienawiścią do rodaków.

Organizacja Narodów Zjednoczonych zdecydowała, iż patrioci mogą być internacjonalistami.

Nikt nie pytał głośno, czy internacjonaliści mogą być patriotami.

Ten paradygmat pozostał atrakcyjny ze względu na swoją prostotę, ale nigdy nie miał większego sensu.

Na początek, niemiecki nazizm, włoski faszyzm i japoński imperializm (w którym absolutny monarcha był czczony jako bóstwo) nie były z natury niebezpieczne, ponieważ ich zwolennicy organizowali władzę poprzez rządy narodowe.

Były niebezpieczne, ponieważ miały totalitarny charakter i zmuszały obywateli do całkowitego poświęcenia się w interesie państwa.

Gdyby Niemcy, Włosi i Japończycy mocno wierzyli w ograniczenie władzy rządu i maksymalizację wolności osobistej, szacunek dla praw jednostki powstrzymałby ekspansywny autorytaryzm.

Nielogiczne jest zakładanie, iż międzynarodowe formy rządów są w jakiś sposób bardziej humanitarne lub filantropijne niż formy narodowe, tak samo jak nielogiczne jest zakładanie, iż krajowe formy rządów są bardziej sprawiedliwe i zdolne reprezentować obywateli niż lokalne samorządy.

Można by zapytać, jaka jest różnica między Partią Zielonych w Niemczech, która domaga się całkowitego posłuszeństwa cywilów wobec nakazów "globalnego ocieplenia", a grupą międzynarodowych ambasadorów domagającą się tego samego poprzez Porozumienia Paryskie.

Czy Ramowa Konwencja Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu oraz Międzyrządowy Panel ds. Zmian Klimatu są w jakiś sposób mniej totalitarne, ponieważ międzynarodowi biurokraci regulują zachowania zarówno Niemców, jak i osób spoza Niemiec?

Czy nie określilibyśmy wielkich imperiów przeszłości jako "globalistycznych" lub "międzynarodowych" z natury?

Czy Aleksander Wielki, Juliusz Cezar, Napoleon Bonaparte lub Cecil Rodos nie pochłonęli całych narodów, rozszerzając terytorialne dominia swoich imperiów?

Jak odróżnić te globalne imperia od współczesnych odpowiedników, takich jak Unia Europejska czy Organizacja Narodów Zjednoczonych?

Przeciętny Europejczyk, Azjata czy Afrykanin z pewnością równie trudno jest sprzeciwić się edyktom pochodzącym z UE czy ONZ, jak byłoby Europejczykom, Azjatom czy Afrykanom z przeszłości sprzeciw wobec edyktów imperialnych z odległych stolic.

Gdyby Aleksander, Cezar, Napoleon lub królowa Wiktoria opisywali swoje imperia jako "zjednoczone narody", czy ich podboje byłyby uważane za bardziej sprawiedliwe i pokojowe?

Innymi słowy, czyż nie nazwaliśmy imperializmu "internacjonalizmem" i nie udaliśmy, iż retoryczne rozróżnienie oznacza "postęp"?

To prowadzi nas do dzisiejszych czasów, kiedy wreszcie toczymy znaczącą debatę na temat zalet "nacjonalizmu" kontra "globalizmu".

Jak stało się zbyt oczywiste w ostatnich latach, globaliści naprawdę chcą zrezygnować z państwa narodowego.

Ale nie zadowalają się jedynie zastępowaniem rządów narodowych instytucjami międzynarodowymi.

Dekady polityki otwartych granic w Ameryce Północnej i Europie ujawniają prawdziwy cel globalizmu: wyeliminowanie pozostałości kultury i historii, które łączą naród narodu.

W Stanach Zjednoczonych często widuje się imigrantów wywieszających flagi "domowe" na stadionach sportowych, podczas gdy dziennikarze głównego nurtu opisują amerykańską flagę jako formę "białej supremacji".

W całej Wielkiej Brytanii urzędnicy rządowi zaostrzają represje wobec obywateli machających brytyjskimi flagami. Po obu stronach Atlantyku globaliści krytykują obywateli za to, iż nie akceptują "multikulturalizmu".

W końcu doszliśmy do punktu, w którym "patriotyzm" jest demonizowany równie mocno jak "nacjonalizm".

Bez narodów czy patriotów, gdzie to nas zostawia? Pozostawia nam kontynentalne lądy pełne obcych.

Zamiast ludzi związanych wspólną historią, kulturą, religią, wartościami, językiem i rodziną,

Ameryka Północna i Europa są przekształcane w przestrzenie definiowane przez absolutnie nic.

Nowi imigranci w Ameryce chcą zlikwidować polityczne ideały Deklaracji Niepodległości i Konstytucji USA.

Nowi imigranci w Europie nalegają, by wszystkie kościoły chrześcijańskie zastąpić meczetami.

Oba kontynenty zmierzają ku przyszłości, w której plemiona odrębnych ludów będą walczyć o władzę polityczną na burzliwych terytoriach, które pozostają narodami tylko z nazwy.

Czy ktokolwiek naprawdę wierzy, iż odłoży na bok swoje spory i będzie przestrzegał międzynarodowych deklaracji ONZ lub Unii Europejskiej?

Osiemdziesiąt lat "internacjonalizmu" zniszczyło najbardziej naturalny porządek polityczny, jaki kiedykolwiek istniał:

państwo narodowe.


Teraz całe kontynenty są pełne imigrantów, których niezgodne kultury gwarantują przyszłe konflikty.


A zamiast dostrzegać, jak destrukcyjne były ich polityki na Zachodzie, globaliści mają czelność wyśmiewać nacjonalistów jako zagrożenie dla pokoju.

Najważniejszą lekcją z II wojny światowej nie było to, iż narody są złe, ale iż rząd totalitarny jest zły.

Globaliści poświęcili to pierwsze, a przyjęli drugie.

Teraz także Zachodni będą musieli pokonać globalizm.



Przetlumaczono przez translator Google

zrodlo:https://www.zerohedge.com/

Read Entire Article