
Czy jestem samotny w sensie społecznym? Czasami mam takie wrażenie. Nie jest to szczególnie dramatyczne odkrycie ani permanentny stan. Raczej momenty, w których dochodzę do wniosku, iż choć znam wielu ludzi, z niewieloma łączą mnie naprawdę głębokie więzi. I podejrzewam, iż nie jestem w tym odosobniony.
Nie sądzę, żebym taki po prostu się urodził. Raczej nigdy nie nauczyłem się, jak we adekwatny sposób takie więzi budować i jak przy nich wytrwać. Zakładam, iż trzeba do tego naprawdę poznać drugiego człowieka, ale do tego mamy wybrakowane instrukcje, choć kultura, tradycja i religia starały się nas w nie wyposażyć. Udaje im się to w sposób powiedziałbym połowiczny. jeżeli chodzi bowiem o poznanie drugiego człowieka łatwo poprzestajemy na wiedzy powierzchownej i użytkowej: jak ktoś mieszka, czym się zajmuje i czy można mu zaufać. Nie zastanawiamy się jednak, co nim kieruje, czego pragnie, co go cieszy, a co mu doskwiera, czego się boi i o czym po cichu marzy.
Żyjemy z ludźmi, ale często obok nich. Pytamy znajomych i członków rodziny: „Co u ciebie słychać?” – najczęściej nie oczekując wyczerpującej odpowiedzi. To wygodny rytuał, po którym można bezboleśnie przejść do kolejnego tematu. Do spraw bieżących, pieniędzy, pracy, polityki, czyli do tego co częściej nas dzieli, a rzadziej do tego, co mogłoby nas łączyć: wspomnianych euforii i rozterek, planów i związanych z nimi obaw.
Wychodzi tak, iż czasem choćby łatwiej powiedzieć coś osobistego przypadkowej osobie niż komuś bliskiemu. Psychologia opisuje podobny paradoks jako „efekt nieznajomego w pociągu”. Przed człowiekiem, którego prawdopodobnie nigdy więcej nie zobaczymy, możemy otworzyć się właśnie dlatego, iż kilka ryzykujemy. Z bliskimi jest inaczej – im więcej mamy wspólnej przyszłości do stracenia, tym drożej może nas kosztować szczerość. Milcząc, ograniczamy ryzyko, ale przy okazji utrzymujemy dystans.
Zadajemy złe pytania, nie mówiąc już o tym, iż nie zawsze chcemy albo jesteśmy przygotowani, by usłyszeć odpowiedź. Tworzymy bariery, a później cierpimy z powodu braku bliskości, jakby ktoś inny postawił je za nas. Widzimy obojętność zamiast wsparcia i odpłacamy się tym samym. Powstaje błędne koło będące źródłem poczucia osamotnienia.
To, co dzieje się między dwojgiem ludzi, ma jednak swój odpowiednik w większej skali. Podobny dystans potrafimy budować nie tylko wobec bliskich, ale także wobec sąsiadów, lokalnej wspólnoty, a w końcu całego społeczeństwa.
Nie jest to jednak wyłącznie kwestia indywidualnych charakterów. Mam wrażenie, iż współczesna kultura znacznie głośniej mówi o samodzielności, przedsiębiorczości i indywidualnym sukcesie niż o uczestnictwie we wspólnocie. Mamy brać sprawy we własne ręce, rozwijać siebie, budować swoją pozycję i swoje bezpieczeństwo. I nie ma w tym niczego złego. Problem zaczyna się wtedy, gdy znacznie ciszej mówi się o tym, iż każdy z nas pozostaje częścią czegoś większego i iż bez naszego uczestnictwa społeczeństwo łatwo zmienia się tylko w zbiór żyjących obok siebie ludzi.
Dochodzi tu jeszcze aspekt technologiczny. Robert Putnam, znany przede wszystkim z „Samotnej gry w kręgle”, kilka dekad temu wskazywał na związek między rosnącą rolą telewizji, a spadkiem uczestnictwa w życiu społecznym. Dziś takiej ocenie poddaje się Internet. Media społecznościowe, które miały podtrzymywać więzi, mogą je jednocześnie osłabiać. Co prawda pozwalają utrzymywać kontakty, które inaczej dawno by zanikły – przenoszą jednak część naszych relacji ze wspólnej przestrzeni fizycznej do środowiska, które możemy znacznie łatwiej wybierać i filtrować.
Być może właśnie tutaj znajduje się część problemu. W wielu współczesnych społeczeństwach słabną przestrzenie wspólne, w których ludzie z różnych środowisk spotykają się bez szczególnego zaproszenia i bez konieczności należenia do tej samej grupy. Dawniej takim miejscem bywał kościół, targ, zakład pracy, lokalne stowarzyszenie czy po prostu sąsiedztwo. Dziś możemy spotkać się w galerii handlowej, ale samo przebywanie pod jednym dachem nie tworzy jeszcze żadnej wspólnoty.
Nie oznacza to oczywiście, iż dawniej ludzie żyli w społecznej idylli. Segregacja przestrzenna jest znacznie starsza od Internetu czy współczesnego kapitalizmu. Od murów oddzielających poszczególne części dawnych miast po współczesne zamknięte osiedla ludzie od dawna potrafili skutecznie odgradzać się od tych, z którymi nie chcieli spotykać. Nowe jest raczej to, jak wiele możliwości daje nam dzisiejszy świat, żeby urządzić życie tak, aby takich przypadkowych spotkań było jak najmniej.
Im większą mamy kontrolę nad własnym otoczeniem, tym łatwiej wybierać nie tylko to, gdzie żyjemy, ale również kogo w ogóle do tego życia dopuszczamy.
Bogactwo może dawać bezpieczeństwo i wolność, pozwalać rozwijać zainteresowania i pomagać innym. Może też jednak ułatwiać odgradzanie się od świata. Budujemy mury: wokół domu, majątku, własnego czasu. Wreszcie wokół własnych problemów, aby nikt nie zauważył, iż wciąż jakieś mamy.
Słabnące więzi społeczne i segregacja ekonomiczna nie są tym samym problemem i nie mają jednej przyczyny. Mogą jednak prowadzić do podobnego rezultatu: ludzi odgrodzonych od siebie, zamkniętych w swoich bańkach – ekonomicznych, towarzyskich albo światopoglądowych. Im mniej mamy wspólnych miejsc, doświadczeń i obowiązków, tym łatwiej uwierzyć, iż tak naprawdę kilka nas ze sobą łączy.
Rozpoznaję czasem ten mechanizm we własnym myśleniu i postępowaniu. Miewałem kiedyś, w chwilach słabości, takie poczucie: skoro do wszystkiego doszedłem sam, a ten świat, ten kraj, ci ludzie nic mi nie dali, nie jestem im nic winien i mogę żyć tu (w tym kraju, na tej ziemi) jak lokator. Wydawało mi się, iż mogę z tego poczucia czerpać siłę. Wyjątkowo płytka i krótkowzroczna myśl, bzdura, w którą jednak - bez adekwatnego spojrzenia na sprawę - łatwo uwierzyć i się nią kierować.
Dlaczego to bzdura? Choćby dlatego, iż nikt z nas nie zaczyna od zera. Korzystamy z kultury i technologii, z wiedzy i prawa, z instytucji publicznych, dróg i szkół stworzonych przez ludzi, których nigdy nie poznaliśmy. Możemy korzystać z efektów własnej pracy, podejmować ryzyko, rozwijać się albo marnować swoje możliwości, ale sama możliwość dokonywania tych wyborów również nie powstała w próżni.
Moje własne położenie jest wynikiem nie tylko moich decyzji i pracy, ale także skomplikowanych procesów historycznych oraz wysiłku ludzi, którzy byli przede mną i żyją obok mnie. Nie odbiera mi to zasług za to, co zrobiłem sam. Odbiera jedynie wygodne złudzenie, iż rzeczywiście zrobiłem wszystko sam. Im dłużej się nad tym zastanawiać, tym trudniej uwierzyć, iż można być całkowicie niezależnym obserwatorem, który niczego od społeczeństwa nie otrzymał i którego jego kondycja nie dotyczy.
Ta świadomość nie rozwiązuje oczywiście problemu nierówności ani nie sprawia, iż wszyscy otrzymujemy podobne możliwości. Jedni startują z wyższej pozycji, inni z niższej. Jedni mają więcej zdolności, szczęścia, wsparcia i zasobów, inni mniej. Indywidualny sukces jest rzeczywisty, ale nigdy nie jest wyłącznie indywidualną zasługą.
Pokusa potraktowania awansu, niezależności czy własnego bezpieczeństwa jako możliwości uwolnienia się od odpowiedzialności za innych pojawia się znacznie wcześniej.
Społeczeństwo można porównać do organizmu. Każda z jego komórek widzi przede wszystkim siebie, ale żadna nie funkcjonuje naprawdę poza całością. Nie oznacza to podporządkowania jednostki jakiemuś abstrakcyjnemu „dobru wspólnemu”. Oznacza jedynie, iż całkowita niezależność jest w znacznej mierze iluzją.
Podsumowując to, iż poziom tak zwanego kapitału społecznego jest - powiedziałbym ostrożnie – niski, nie znaczy, iż jest to proces nieodwracalny. Mówię o tym, gdyż uważam, ze najważniejsza jest świadomość. Odbudowa wspólnoty nie musi zaczynać się od wielkich programów społecznych ani narodowych zrywów. Czasem wymaga rzeczy znacznie bardziej przyziemnych: przestrzeni, w których ludzie z różnych światów faktycznie się spotykają, nawyku uczestnictwa w czymś większym niż własne życie i odrobiny odwagi, żeby na pytanie „Co u ciebie słychać?” czasem odpowiedzieć uczciwie, ryzykując, iż rozmówca nie będzie wiedział, co z tym zrobić.
Nie zapomnijmy też, by budując siebie, swój sukces i swoje bezpieczeństwo, zostawić furtkę w tym murze, aby pewnego dnia, gdy postanowimy opuścić swoją warownię, nie odkryć, iż po drugiej stronie nikogo nie ma, jedynie mury.















